środa, 25 kwietnia 2012
Zbyszek siedział na wersalce pod oknem zaciągając się dymem z papierosa. - Znowu jesteś chora. – powiedział. - Tak. – Nie miałam ochoty na rozwijanie tego wątku. Wyciągnęłam nogi przed siebie i wzięłam głęboki wdech. Właściwie nie lubiłam palenia. Irytowało mnie nachalne zadymianie wnętrza kawiarni przez obcych facetów i kobiety. Jedyny tolerowalny dym z papierosa był ten przepuszczony przez organizm Zbyszka. Pachniał inaczej. Przez chwilę siedzieliśmy w milczeniu, zaciągając się. - Glazurnik sobie poszedł? - Yhm. – przytaknęłam. - Aleś ty dzisiaj rozmowna. – Roześmiał się strzepując popiół do kubka po kawie. - A jak twoje sprawy? Podobno nie biegasz już za tą małą? – zmieniłam temat. - Wiesz dobrze, że nie. Ustatkowałem się. - Fiu! – Gwizdnęłam przeciągle, trochę na wyrost, bo przecież nie skakał przesadnie z kwiatka na kwiatek. – Jak większość z nas – dodałam po chwili. - Jesteś zadowolona? - Z czego ? – Intensywnie zastanawiałam się nad sensem tego pytania. - Z wszystkiego. Kim jesteś, co robisz, do czego doszłaś. - A ty? – Cóż to za pytania? Jakbym miała jakieś wyjście. – Tak. Jestem. - Czasem bywam zmęczony. – Znowu śmiech. - Masz ochotę na kanapki? Idę zrobić. - Jasne. Trochę zgłodniałem. Jest łosoś? – lekki chichot. - Dowcipniś się znalazł. Pływa w sadzawce. Jeśli masz czas, możesz złowić. Zbyszek wstał z wersalki, wrzucił niedopałek do kubka i poczłapał za mną do kuchni. - Zastanawiałaś się nad sensem trzymania się własnych zasad? - Myślisz, że ktoś to jeszcze robi? - O, jestem o tym święcie przekonany. Taki Gowin na przykład… - Nie, proszę cię! - Co chcesz? Facet ma światopogląd i świeci światu tym światopoglądem prosto w twarz, albo w inną część ciała. A że przy okazji ma władzę, może narozrabiać. - Nie uważasz, że to przesada , żebym musiała znosić upokorzenia w aptece na okoliczność zakupu środków antykoncepcyjnych, jeśli pani za ladą uzna mnie i mój zakup za niemoralny? - Widzisz, i pani ma zasady. - Wolałabym żeby nie miała. Czasem, gdy patrzę wkoło, wydaje mi się, że prawo do - To nie tak, Donka. My je też mamy, tylko nie powiewamy nimi na sztandarach. Dajemy innym żyć. To się nazywa liberalizm. - Uważasz, że faceci mają zasady? - Dlaczego nie? Taki Gowin… Wybuchnęliśmy śmiechem nad kanapkami bez łososia. Pomidor spadł na podłogę i schyliłam się żeby go podnieść. Miąższ ze środka plasterka rozlał się na deskach. Niech leży. - Unikasz odpowiedzi. Chciałam wiedzieć zupełnie na serio. Wiesz o co mi chodzi? - Jeśli powiem, że mają – uwierzysz w to? - Nie bardzo. - Innej odpowiedzi ci nie dam, w końcu jestem facetem. - Co z ciebie za kumpel? Zostawisz mnie w przeświadczeniu, że relacje z mężczyznami to wielkie szambo? - Nie nasze Donka, nie nasze. Zapalimy?- Poprawił cienkie oprawki na równie cienkim nosie i sięgnął po paczkę leżącą na stoliku. - Pal. Dym papierosowy wypełnił pokój, przenikając ubrania, dywan i firanki w oknie. Zaciągnęłam się. Nie będę wietrzyć, niech będzie.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Jestem nudna. Niczego nie sprzedaję ani nie kupuję. Z nikim się nie awanturuję. Pogoniłam tylko jednego gościa z BankuM, który chciał mi wcisnąć jakiś lipny produkt. Jestem nudna. Wykańczam łazienkę i łeb mi pęka. Nie wiadomo od czego bardziej: od dyskusji z glazurnikiem, jak przyciąć kafelek, czy od niedoleczonych zatok. Ależ nuda. Na dole Krzysiek umiera na ucho. Ja też bym chętnie poumierała na cokolwiek, ale raz, że glazurnik, dwa że obiad, trzy że Michał do szkoły, a cztery….no i pięć…a po szóste…Cyferek mi nie starczy. Na zebraniu się profilaktycznie nie odzywałam. I tak już zdrowo podpadłam reformując system. Nie opłaca się. Wybuchła afera, jak zwykle na zebraniu, bo cóż by to było za zgromadzenie, gdyby nie było małej awanturki. Uznałam, że mnie to nie dotyczy, należy szanować chore zatoki i wrzucić na luz. Zasznurowałam buzię na amen i myślałam intensywnie o tym, żeby się nie odezwać. Udało się. Ależ była chryja! Towarzystwo nagadało się, zabrało mi z życiorysu półtorej godziny, zostawiając trzy linijki mało konkretnych notatek. Niech ich wszystkich diabli wezmą. W porównaniu do ich problemów, moje życie jest cholernie nudne.
piątek, 06 kwietnia 2012
Piosenka Jimiego Hendrixa wydana w 1967r. na płycie “Axis:Bold as Love”, tym razem w wykonaniu Stinga. Utwór napisany przez Hendrixa dla zmarłej matki. Piękny i wyjątkowy utwór dla wszystkich tych, którzy, tak jak ja, mają na święta ochotę inaczej. http://www.youtube.com/watch?v=BLQjVvDTRPQ
*** Przez obłoki do mnie szła Z szaleństwem w oczach, co wciąż za czymś gna Motyle i zebry, i księżyc, i bajek moc O tym właśnie śniła Kiedy niósł ją wiatr
W smutne dni, przychodzi do mnie Tysiąc uśmiechów, w prezencie daje mi Już dobrze, mówi, dobrze już Dam ci wszystko czego chcesz, wszystko dam Leć mój Mały Książę *** Well she was walking thru the clouds With a circus mind that's running wild Butterflies and zebras and moonbeams and fairy tales (that's all she ever thinks about) Riding with the wind
When I'm sad she comes to me With a thousand smiles she gives to me free It's alright, she says, it's alright Take anything you want from me, anything Fly on, Little Wing Tłumaczenie: D.K.
czwartek, 29 marca 2012
„Trzeci raz przycinam tę samą deskę i nadal jest za krótka”. Taki tekst znalazłam wczoraj na forum internetowym stolarzy. Wprawił mnie w dobry humor, więc nie widzę powodu aby zatrzymywać go egoistycznie dla siebie. Użyłam przysłówka, ponieważ słowo: „egoistycznie” odpowiada na pytanie „jak?”, zatem jest rzeczonym przysłówkiem. Czy wiecie po jakie części mowy sięgają najczęściej dziennikarze w tekstach pisanych? Nie wysilają się: rzeczownik, czasownik, przymiotnik. Przysłówki padają bardzo rzadko. A my ich mamy za ekspertów od języka. Co za bzdura. Fantazyjną polszczyznę perfekcyjnie opanowali stolarze. Człowiek przycinający stale za krótką deskę, opowiadał o swojej przygodzie z zakupem odkurzacza przemysłowego na Alledrogo. Kupił dwie sztuki (czajna) po dwieście złotych. Akcja działa się trzy lata temu. Kupował odkurzacze parami, na wypadek gdyby czajna okazała się krótko chodzącym złomem. Niestety, srodze się zawiódł. Wszystko działa. I proszę bardzo znowu napisały mi się dwa przysłówki : krótko i srodze. Jestem lepsza od niejednego dziennikarza. Z kolei na forum budowlańców, gdzie również dyskutowano nad użyciem odkurzaczy przemysłowych, tym razem nie do drzewnych wiórów, lecz raczej do gruzu i gipsu, wcięła się pewna paniusia, która zaoferowała panom odkurzacz samosprzątający. Taka maszyna nie męczy pleców, sama jeździ po domu i zbiera okruszki. I tu rozległ się uprawniony rechot budowlańców. Bo wszystko pięknie, ale czy można do niej podłączyć wiertarkę i czy sama będzie latać wyrzucać gruz z worka, a może i otwory wywierci. Generalnie: czemu paniusia odstawia marketingową szopkę i dla kogo ten konkurs? Rozumiem panów, bo przyznam, że i mnie się wzięło na rechot, choć wstyd mi się zrobiło, że rodzaj żeński muszę dzielić z taką idiotką. Czytałam zatem po cichu o makitach, kressach i protoolach i nie przyznawałam się. Czasem tak mam, że łatwiej zrozumieć mi męskie tematy, niż dogadać się z własną płcią. Może to dlatego, że nie znoszę topienia czasu w nic nieznaczących szczegółach. A może w poprzednim wcieleniu byłam facetem? I we wszystkich poprzednich?
sobota, 18 lutego 2012
Sala Kongresowa zbudowana na modłę starożytnych amfiteatrów. Rzędy, obitych czerwonym welurem, krzeseł, spadające kręgiem w dół ku scenie z prostych desek. Czarne kotary za sceną, a przed nią, po obu stronach, na podłodze i na balkonach, ogromne kolumny. W tej skromnej scenografii sześciu muzyków. Proste instrumentarium: trzy gitary, dwie pary skrzypiec i perkusja. Sting zaczyna śpiewać „All this time” i już wiem, że zawsze chciałam być w tym miejscu. Zaczęło się łagodnie, z trochę bardziej kołyszącym „Every little thing she does is magic”, po to by w „Demolition Man” pokazać prawdziwy rockowy pazur (a może punkowy). Wszystko wkoło jest muzyką, rokową mantrą powtarzaną ciągle i ciągle z coraz większą mocą, po to tylko by po chwili wyciszenia w „I hung my head”, przez ocierające się o country „I’m so happy I can’t stop crying”, wejść w coraz głębszy trans, dostarczyć coraz silniejszych emocji z kulminacją w „Never coming home”. Ten koncert jest genialny w swoim prostym zamyśle przearanżowania utworów na mocniejszą rockową nutę. Rozmawiające ze sobą instrumenty, muzyka przekazująca widowni swą siłę. Utwory są nieważne. W ten sposób Sting mógłby zagrać wszystko i każdej nuty można by wysłuchać z zachwytem. Doskonali muzycy pokazują swoją klasę: na perkusji Vinnie Colaiuta, na gitarach – Dominic Miller z synem Rufusem, skrzypce- Peter Tickell, skrzypce i wokal – Jo Lawry i na tytułowym basie „back to bass” sam Sting, z tym swoim niesamowicie silnym głosem o niepowtarzalnej barwie. I w tym miejscu należałoby zakończyć opis, bo to co najważniejsze zostało już powiedziane. Nadmienić można jeszcze o hitach na bis : „Desert rose”, „Every breath you take” i zagranej solo przez Stinga na gitarze klasycznej w bardzo kameralnym nastroju – „Message in the bottle”. Never coming home – proszę zwrócić uwagę na solo na skrzypcach (najciekawsza partia od trzeciej minuty). http://www.youtube.com/watch?v=hUBzHptTkSk Sting jest niezłym gawędziarzem. Część utworów poprzedza opowieścią o ich powstawaniu, inspiracjach do ich napisania, o historii w nich zawartej. Sting przywołał wspomnienie nieżyjącego ojca, angielskich złotych łanów (Fields of gold), polowań na lisa (End of the game). Była również opowieść o siedmiu wspaniałych, którzy musieli podzielić się jedną panną w „Love is stronger than justice”. Wstaję rano, wsiadam do samolotu, jestem w nowym miejscu, sprawdzam dźwięk, daję koncert – mówił Sting – A potem udzielam wywiadu lokalnym dziennikarzom. Słyszę wtedy zawsze to samo pytanie: jak to jest możliwe, że od trzydziestu dwóch lat jestem żonaty z tą samą kobietą. Jaka jest recepta na szczęście? Jak gdyby był to jakiś pieprzony cud. Lista zagranych utworów z czterema ostatnimi zaprezentowanymi na bis. Prawda, że nie oczywista? 1. All This Time 2. Every Little Thing She Does Is Magic 3. Seven Days 6. I'm So Happy I Can't Stop Crying 7. Stolen Car (Take Me Dancing) 10. Fields Of Gold 11. Sacred Love 12. Ghost Story 14. Inside 15. Love Is Stronger Than Justice (The Munificent Seven) 17. End Of The Game 19. Desert Rose 21. Next To You Poniżej przypisałam poszczególne utwory płytom The Police i albumom solowym Stinga: The Police: Outlandos d’Amour 1978 Next to you Reggata de Blanc 1979 Message in a bottle Zenyatta Mandata 1980 Driven to tears Ghost In the Machine 1981 Demolition man Every little thing she does is magic Synchronicity 1983 Every breath you take Sting – albumy solowe: The dream of the blue turtles 1985 Fortress around your heart The soul cages 1991 All this time Ten Summoner’s tales 1993 Love is stronger than justice Fields of gold Havy cloud no rain Seven days Mercury Falling 1996 I’m so happy I can’t stop crying The hounds of winter I hung my head Brand new day 1999 Ghost story Desert rose The end of the game Sacred love 2003 Sacred love Inside Stolen car Never coming home Jak widać większość utworów należy do mniej znanych w twórczości Stinga. Sześć piosenek pochodzi ze wspólnego okresu muzykowania z zespołem the Police, gros jednak prezentuje okres solowy artysty z jego późniejszych albumów. Brak największych hitów, które uznajemy za wizytówkę muzyka i z którymi łączymy go nierozerwalnie w naszej świadomości. Czym Sting może nas zaskoczyć? A jednak. Czy jesteśmy pewni, że… Ale czy na pewno…Czy mamy absolutną pewność, bez cienia zawahania, że naprawdę znamy Stinga?
czwartek, 16 lutego 2012
Wczoraj i dziś (15,16.02) można było/jest (niepotrzebne skreślić) zobaczyć w Sali Kongresowej w Warszawie Stinga z jego trasą koncertową Back to Bass. Wybieram się. Koncert zaczyna się o 19:30 i trwa dwie godziny. Suportów brak, co cieszy. Artysta zaczął wczoraj koncert punktualnie. Zatem Sting znany jako pracowity, konsekwentny i bardzo utalentowany muzyk, okazuje się również zorganizowanym, szanującym swoją widownię człowiekiem. Klasa i profesjonalizm. Nie mogę się doczekać.
wtorek, 07 lutego 2012
Ostatnio mam bliskie stosunki z Bankiem m. Na tyle intymne by sięgnąć po słownictwo przyprawowe. Mówiąc bez ogródek: pieprzymy się. Ja pieprzę jego, a on mnie. W bardzo kulturalny, zgodny z prawem i regulaminami, sposób. Powinnam zatem być zadowolona i cieszyć się z niezaplanowanych, a jednak spontanicznie powstałych, chwil rozkoszy. Dupa. W wolnym tłumaczeniu: nie jestem. Dlaczego mam nieodparte wrażenie, że przepisy, regulaminy i cały ten bankowo-ubezpieczeniowy świat (a bo bank to już nie bank, lecz wielkie finansowe konsorcjum, oferujące wszystko na czym tylko może zarobić…bank), to jeden wielki matrix nie do objęcia rozumem dla logicznie myślącego człowieka. I nie pomoże tu wysoki iloraz inteligencji. Ba! Może stanowić zdecydowaną przeszkodę w zanalizowaniu o co come on. A jeśli nawet umysł ludzki da radę przetrawić działania banku i przerobić na ogólnie przyjęte w świecie zwykłych ludzi zasady, i nie dojdzie do przegrzania zwojów mózgowych, a para nie poleci uszami, to jedyną reakcją z jego strony będzie przekazanie impulsów nerwowych do dolnej szczęki, a ta opadnie w niemym geście zdziwienia. Chyba, że broda uderzy akurat w blat stołu, wówczas rozlegnie się bolesny dźwięk, a zatem gest przestanie być niemym, co nie wyklucza pozostania w fazie zdumienia. W takich razach opadająca dolna szczęka może unieść się do góry by wspomóc górną w wydobyciu zza zaciśniętych zębów siarczystego przekleństwa. Tu proszę wstawić sobie co komu wygodnie, odwołując się do własnych doświadczeń z urzędami, urzędnikami, konsorcjami, molochami, infoliniami i temu podobnym badziewiem. Reklamacja w banku. O, to nie jest prosta sprawa! Jeśli bankomat nie wypłaci ci pieniędzy, nie licz na to, że wystarczy zadzwonić do banku i poprosić aby oddali ci środki, które zdjęli poprzednio z konta, i że najdalej jutro, czy pojutrze otrzymasz z powrotem twoje pięćset, sześćset czy tysiąc złotych. Miałeś chłopie pecha? Wybrałeś zepsuty bankomat? Toś frajer i sobie teraz poczekaj. Bank ma trzydzieści dni i mu się nie spieszy. A jak będzie chciał to ci przyśle maila, że ma dodatkowo jeszcze sześćdziesiąt. I co się ciskasz? Regulamin jest? Jak w wojsku. Pieniążków nie masz? A nie mówiłam żeś frajer? Chciałeś zasięgnąć informacji o ubezpieczeniach? Zadzwoniłeś na infolinię? Uważaj co mówisz. Może okazać się, że twoje zainteresowanie, które uważałeś za wstępne i do zweryfikowania, druga strona przerobiła na gotową polisę i (o rany!) ściągnęła ci pieniądze z konta. Słabo było słychać? Nie zrozumiałeś co mówiła? Frajer jesteś i tyle. Pomyliłeś się w dacie ubezpieczenia. Nie tłumacz się, że jakiś kretyn postawił na fakturze 12.01.11. No czy ty frajerze myślałeś, że kupujesz samochód dwunastego stycznia? Ogarnij się człowieku! Czyta się od tyłu, jak po arabsku, a nie tak jak jesteś przyzwyczajony ze szkoły. No z lewa na prawo – kto to widział! Jedenastego kupiłeś, jedenastego, frajerze. OC powinieneś przesunąć o jeden dzień do tyłu. Mam czas – myślisz. W końcu załatwiałeś polisę z wyprzedzeniem. Wystarczy zadzwonić do ubezpieczyciela - Banku m i poprosić o przysłanie nowych papierów z poprawką. No czyś ty zgłupiał? Powinieneś wiedzieć, że musisz wypowiedzieć umowę. Jak już wypowiesz, to oni ci zwrócą pieniądze, kiedyś, i wtedy możesz sobie z nimi zrobić co tylko chcesz. Nawet zawrzeć nową umowę. Tylko się nie pomyl kochanieńki, bo trach: pójdzie i już nie cofniesz. Nieodwołalne kochanieńki. Ostateczne. Jak ostatnia posługa. Banki, ubezpieczyciele, konsorcja, infolinie: to jest świat! Gdybym zachowywała się tak jak oni, wypadłabym ze społecznego obiegu. A oni nie, funkcjonują, mają się świetnie, szarpią nerwy klientów. W końcu zawsze obrywasz ty. Taki jesteś przy nich malutki. Ich głupota cię zalewa. Nie masz wyjścia, musisz nauczyć się w niej pływać. Nie wchodzić do wody się nie da.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Zwiedzanie Kopalni Soli w Wieliczce rozpoczyna się po pokonaniu 54 podestów schodów, w sumie ok. 380 drewnianych stopni, co stanowi 64 m głębokości. Na tym poziomie znajduje się Szyb Daniłowicza. W licznych komorach, które mija sie schodząc w głąb kopalni przedstawiono pracę górników, począwszy od najbardziej prymitywnych metod wydobywania soli. Komory oświetlają piekne żyrandole ozdobione kryształkami soli. W niektórych salach podłoga wyłożona jest solnymi kafelkami. Wykonany z soli pomnik Kazimierza Wielkiego w komorze jego imienia. Komora Józefa Piłsudskiego zwraca uwagę małym jeziorkiem w urokliwym białym deskowaniu. Końce jeziorka łączył niegdyś prom, po którym do dziś pozostała drewniana przystań. Kaplica Świętej Kingi z rzeźbami i ołtarzem wykutymi w soli - koniec XIX, pocz.XXw. Komora Weimar z drewnianymi schodkami i jeziorkiem. Komora Michałowice z pięknym białym belkowaniem i żyrandolami zdobionymi kryształkami soli. Michał zatrudniony jako górnik w kopalni. Miejsce gdzie na głębokości 135m kończy się zwiedzanie. Stąd górniczą czteropoziomową windą wyjeżdża się na powierzchnię. Poziomy oznaczają ni mniej ni więcej tylko to, że my wjeżdżamy na cudzym suficie, a ktoś inny na naszym.
niedziela, 22 stycznia 2012
Jestem Nomadem. Spakowałam do tobołka niezbędniki i rodzinę, i ruszyłam na południe. Droga wiodła przez sady Grójca, obok Radomia, który nie wiem czym się wsławił, obwodnicą (w budowie) miasta Kielce, i nastepną obwodnicą, tym razem grodu Krakowa, biegnącą przez sam środek miasta: ulicą Słowackiego, przechodzącą w Mickiewicza, po to tylko by zmienić się, po kilkunastu odstanych w korku minutach, w trakt nazwany imieniem innego wieszcza. Przejechałam obok Wawelu, podświetlonego bladym światłem, bo tymczasem, w trakcie podróży, jasny dzień przeszedł w szemrany mrok, który gęstniejąc okazał się ciemnym wieczorem, gdzie kształty wyróżniały się tylko dzięki poświacie reflektorów, neonów i latarni. Pogoda tego dnia sprzyjała przemierzaniu dróg, bardziej i mniej ukończonych, nie padał deszcz i było względnie sucho. Dzięki temu mogłam bez przeszkód być Nomadem, z rodziną zapakowaną do tobołka razem z resztą życiowych niezbędników. W tym miejscu powrócę na chwilę do Radomia, który nie wsławił się niczym szczególnym. Oczywistym jest, że mówiąc o powrocie, nie mam na myśli skierowania samochodu z w kierunku przeciwnym do poprzednio obranego. Jest to jedynie przenośnia, która ma na celu poruszenie tematu, który w pewnym miejscu pominęłam. Otóż powtórzę ponownie, będąc nadal w Krakowie i zmierzając na drogę wyjazdową w stronę Wieliczki, iż Radom nie wsławił się niczym szczególnym. Mam jednak pewne wspomnienia z nim związane, a jest ich więcej niż z większością miast polskich. Pamiętam mianowicie sklep firmowy Radoskóru, w którym mama stała w kolejce po buty, fabrykę Łucznika, gdzie kupiłam swoją pierwszą i jedyną maszynę do pisania, zanim nastała era komputerów, obskurny dworzec autobusowy i ten kolejowy, w trochę lepszym stanie. Radom. Urodziłam się tam, chociaż nigdy nie mieszkałam, ani nie byłam z tym miastem związana ludźmi i własnym losem. Po prostu, przyszłam na świat w czasach, w których dzieci przestały się rodzić w domach i obowiązkowo trafiały do szpitali w miastach wojewódzkich, albo chociaż powiatowych. Dlatego przestano wpisywać do dowodów: Lipowo, Kasina Mała, Jastrzębia, a zamiast tego pojawiał się na przykład taki Radom. W tym właśnie mieście dokonałam pierwszej, bezwstydnie nie szanującej ciszy nocnej, próby głosu. To właśnie Radom zostawił mi na całe życie pamiątkę, o którą, jak wszyscy w koło, wcale się nie prosiłam – samą siebie. Rodzina wkrótce wyemigrowała z radomskiego. I tak, jako małe dziecko, zostałam, bez pytania o zdanie, Nomadem. Gdy się głębiej zastanowić, jestem nim do dzisiaj.
piątek, 13 stycznia 2012
Jak często płacze dorosły człowiek? Na przykład taka kobieta po czterdziestce z jeszcze nie najgorszą figurą ale już wyciągająca ręce do przodu aby przeczytać tekst w gazecie. Albo w książce. Dajmy na to w takim wydaniu dzieła Jose Saramago „Wszystkie Imiona” opublikowanym przez Rebis. Zatem jak często płacze taka kobieta, jeśli akurat nie wyciąga rąk by coś przeczytać, lub kogoś przytulić. Jeśli powie, że dwa razy do roku to będzie to o dwa razy za dużo, czy o parę za mało? I dlaczego właściwie płacze? Bo ją boli? Tylko co? Ciało? Dusza? Usiadła i płakała. Nie żałowała sobie. Cisza domu przyjęła we właściwy sobie, bezszelestny sposób, te nagłe i niespodziewane dźwięki. Otuliła kobietę i z taktem nie wtrącała się, pozwalając głośnemu szlochowi ukryć się w dłoniach i wstrząsać szczupłymi plecami aż do wyczerpania ograniczonych zapasów żalu. Trwała tak, niemy obserwator zdarzeń, aż scena uległa uspokojeniu, oddech unormował się, oczy wyschły. I został tylko smutek. Patrzyli sobie głęboko w oczy: pewna siebie cisza i on. Kobiety nie było. |
Zakładki:
Tagi
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||