poniedziałek, 23 stycznia 2012
Zwiedzanie Kopalni Soli w Wieliczce rozpoczyna się po pokonaniu 54 podestów schodów, w sumie ok. 380 drewnianych stopni, co stanowi 64 m głębokości. Na tym poziomie znajduje się Szyb Daniłowicza. W licznych komorach, które mija sie schodząc w głąb kopalni przedstawiono pracę górników, począwszy od najbardziej prymitywnych metod wydobywania soli. Komory oświetlają piekne żyrandole ozdobione kryształkami soli. W niektórych salach podłoga wyłożona jest solnymi kafelkami. Wykonany z soli pomnik Kazimierza Wielkiego w komorze jego imienia. Komora Józefa Piłsudskiego zwraca uwagę małym jeziorkiem w urokliwym białym deskowaniu. Końce jeziorka łączył niegdyś prom, po którym do dziś pozostała drewniana przystań. Kaplica Świętej Kingi z rzeźbami i ołtarzem wykutymi w soli - koniec XIX, pocz.XXw. Komora Weimar z drewnianymi schodkami i jeziorkiem. Komora Michałowice z pięknym białym belkowaniem i żyrandolami zdobionymi kryształkami soli. Michał zatrudniony jako górnik w kopalni. Miejsce gdzie na głębokości 135m kończy się zwiedzanie. Stąd górniczą czteropoziomową windą wyjeżdża się na powierzchnię. Poziomy oznaczają ni mniej ni więcej tylko to, że my wjeżdżamy na cudzym suficie, a ktoś inny na naszym.
niedziela, 22 stycznia 2012
Jestem Nomadem. Spakowałam do tobołka niezbędniki i rodzinę, i ruszyłam na południe. Droga wiodła przez sady Grójca, obok Radomia, który nie wiem czym się wsławił, obwodnicą (w budowie) miasta Kielce, i nastepną obwodnicą, tym razem grodu Krakowa, biegnącą przez sam środek miasta: ulicą Słowackiego, przechodzącą w Mickiewicza, po to tylko by zmienić się, po kilkunastu odstanych w korku minutach, w trakt nazwany imieniem innego wieszcza. Przejechałam obok Wawelu, podświetlonego bladym światłem, bo tymczasem, w trakcie podróży, jasny dzień przeszedł w szemrany mrok, który gęstniejąc okazał się ciemnym wieczorem, gdzie kształty wyróżniały się tylko dzięki poświacie reflektorów, neonów i latarni. Pogoda tego dnia sprzyjała przemierzaniu dróg, bardziej i mniej ukończonych, nie padał deszcz i było względnie sucho. Dzięki temu mogłam bez przeszkód być Nomadem, z rodziną zapakowaną do tobołka razem z resztą życiowych niezbędników. W tym miejscu powrócę na chwilę do Radomia, który nie wsławił się niczym szczególnym. Oczywistym jest, że mówiąc o powrocie, nie mam na myśli skierowania samochodu z w kierunku przeciwnym do poprzednio obranego. Jest to jedynie przenośnia, która ma na celu poruszenie tematu, który w pewnym miejscu pominęłam. Otóż powtórzę ponownie, będąc nadal w Krakowie i zmierzając na drogę wyjazdową w stronę Wieliczki, iż Radom nie wsławił się niczym szczególnym. Mam jednak pewne wspomnienia z nim związane, a jest ich więcej niż z większością miast polskich. Pamiętam mianowicie sklep firmowy Radoskóru, w którym mama stała w kolejce po buty, fabrykę Łucznika, gdzie kupiłam swoją pierwszą i jedyną maszynę do pisania, zanim nastała era komputerów, obskurny dworzec autobusowy i ten kolejowy, w trochę lepszym stanie. Radom. Urodziłam się tam, chociaż nigdy nie mieszkałam, ani nie byłam z tym miastem związana ludźmi i własnym losem. Po prostu, przyszłam na świat w czasach, w których dzieci przestały się rodzić w domach i obowiązkowo trafiały do szpitali w miastach wojewódzkich, albo chociaż powiatowych. Dlatego przestano wpisywać do dowodów: Lipowo, Kasina Mała, Jastrzębia, a zamiast tego pojawiał się na przykład taki Radom. W tym właśnie mieście dokonałam pierwszej, bezwstydnie nie szanującej ciszy nocnej, próby głosu. To właśnie Radom zostawił mi na całe życie pamiątkę, o którą, jak wszyscy w koło, wcale się nie prosiłam – samą siebie. Rodzina wkrótce wyemigrowała z radomskiego. I tak, jako małe dziecko, zostałam, bez pytania o zdanie, Nomadem. Gdy się głębiej zastanowić, jestem nim do dzisiaj.
piątek, 13 stycznia 2012
Jak często płacze dorosły człowiek? Na przykład taka kobieta po czterdziestce z jeszcze nie najgorszą figurą ale już wyciągająca ręce do przodu aby przeczytać tekst w gazecie. Albo w książce. Dajmy na to w takim wydaniu dzieła Jose Saramago „Wszystkie Imiona” opublikowanym przez Rebis. Zatem jak często płacze taka kobieta, jeśli akurat nie wyciąga rąk by coś przeczytać, lub kogoś przytulić. Jeśli powie, że dwa razy do roku to będzie to o dwa razy za dużo, czy o parę za mało? I dlaczego właściwie płacze? Bo ją boli? Tylko co? Ciało? Dusza? Usiadła i płakała. Nie żałowała sobie. Cisza domu przyjęła we właściwy sobie, bezszelestny sposób, te nagłe i niespodziewane dźwięki. Otuliła kobietę i z taktem nie wtrącała się, pozwalając głośnemu szlochowi ukryć się w dłoniach i wstrząsać szczupłymi plecami aż do wyczerpania ograniczonych zapasów żalu. Trwała tak, niemy obserwator zdarzeń, aż scena uległa uspokojeniu, oddech unormował się, oczy wyschły. I został tylko smutek. Patrzyli sobie głęboko w oczy: pewna siebie cisza i on. Kobiety nie było.
wtorek, 27 grudnia 2011
Nie powinnam pisać. To nie jest dobra chwila do pisania. Jest już późno, a jutro muszę wcześnie wstać. Tylko, że nie do końca o to chodzi. Ani o porę, ani o wstawanie. Nie mam nastroju do pisania. Choć może mam, ale nie taki, abym chciała nim obarczać innych. Może zatem nie będę. Tak jak zwykle. Bo po co? Mogę o tematach zastępczych. Nieprawda, nie dam rady. Za bardzo nijakie, mdłe, o niczym. Może to depresja poświąteczna albo strach przed sylwestrem? Wypadnięcie z wiru nadobowiązków w pustkę zwolnionego tempa. Czy tempo może być puste? Może. Czego ja się boję. Ich. Ocen, kącików warg uniesionych z wyższością. Siebie. Poniżającego tłumaczenia. Może nie pójść? Albo uciec? Albo uciec. A miało być optymistycznie. Że trzy koła dobre. No to życzę sobie optymizmu. Może nie będzie tak źle. Trzy dobre i można jechać. Albo uciec. Moje dziecko opanowało nowe zwroty w młodzieżowym slangu. Staje przede mną z zawadiacką miną i mówi: "Człowieku! Ogarnij się!", albo: "Człowieku! Pogięło cię?". No właśnie.
środa, 07 grudnia 2011
No właśnie. Pogoda taka, że i psa z kulawą nogą na dwór nie wygonisz, a nawet takiego w całości. Drzewa tak smętne, że i ptak na nich nie siada. Deszcz, śnieg, deszcz. Twarz mokra i tężejąca z przenikliwego zimna. A tu Maleńczuk wyprodukował hiciora. Zaryzykuję stwierdzenie, że evergreena z gatunku tych, które będzie się śmiało puszczać na imprezach jeszcze za parę ładnych lat. Założymy się? Z płyty „Yugopolis 2” - „Ostatnia nocka”.
http://www.youtube.com/watch?v=z-2mO3KTVHg
I jeszcze jeden utwór z tej płyty: „Ona to zna”.
http://www.youtube.com/watch?v=ihjx2yD3gFc
Zastanawiam się co poeta miał na myśli śpiewając : „Nikt nie robi tego tak jak ja”. Może chodzi o mycie podłogi mopem albo lepienie pierogów?
wtorek, 22 listopada 2011
Zalało mieszkanie lokatorom. Nie znam ich. Wynajmuję lokal firmie, która umieszcza tam swoich pracowników. Ostatni raz byłam w nim dziesięć lat temu. Wygodny układ. Teraz muszę się pofatygować, aby ocenić straty i ewentualnie zaplanować remont. I tak trzeba było już odmalować, minęło sporo czasu od oddania mieszkania do użytku. Zadziwiające jak daję sobie z tym wszystkim radę. Po prostu przyjmuję do wiadomości. Z drugiej strony: nad czym mam płakać? To co można było zrobić, zostało zrobione. Więcej nie można oczekiwać od życia, które biegnie swoim, trudnym do przewidzenia, torem. Nie można nad wszystkim zapanować, zaplanować i sprawić by rzeczy biegły po naszej myśli. Zawsze i wszędzie. Z teściową nie mogę się porozumieć. Od lat trzymam się na dystans ale ona tego nie rozumie. Ma tylko nas i przecież tak nas kocha. Tylko, że ja mam prawo do własnego życia. Rodzina nie była dla mnie życiowym wsparciem, dlatego wolę zachowywać pewne granice w uczuciowych zbliżeniach. Słowa, słowa, puste słowa. Ciekawe jakim pomysłem mnie jeszcze zaskoczy. Ostatnio przysłała Michałowi książkę o Papieżu, z podkreślonymi fragmentami. To apropos wiadomości, że dziecko nie chodzi na religię. Krzysztof za to dostał budujący list. Podobno w czasie ostatniej wizyty u mamy nie był sobą i coś go dręczyło. Może zawsze na nią liczyć i się jej wypłakać. Do tego instrukcje co zrobić z rachunkami na wypadek śmierci plus rysunek nagrobka. I tak od przejścia na emeryturę, czyli od jakiejś dekady. Ona nie zdaje sobie sprawy jak to wszystko razem brzmi i jak negatywnie wpływa na psychikę odbiorcy. Żeby zakończyć czymś dla odmiany pozytywnym. Zamówiłam Michałowi prezent pod choinkę: film i książkę Cornelii Funke „Atramentowe serce”. Ruszyliśmy też z zakupem wyposażenia do łazienki na piętrze. Do wiosny powinniśmy ją wykończyć.
czwartek, 10 listopada 2011
Looser z angielskiego tłumaczyć należy jako przegrany. Przykre gdy wkłada się wysiłek, który okazuje się zbyt mały aby pokonać pewien wymagany próg lub konkurencję. Wtedy należy otrzepać się z kurzu i próbować dalej, bo są już pewne podstawy aby to robić. Co jednak gdy człowiek się nie stara? Nie wkłada wysiłku by posiąść wiedzę, czy umiejętności. Nie pracuje, nie chce mu się, nie ma czasu. Odpowiedź jest prosta. Nie ma szans, przegra z lepszymi. Zawsze znajdzie się ktoś bardziej ambitny, wyedukowany, wytrenowany. Ktoś kto zna świetnie języki, szybciej biega, lepiej śpiewa, prowadzi samochód, jest lepszym mówcą, etc., etc. W dzisiejszym wyspecjalizowanym świecie jest coraz mniej miejsca na prowizorkę i szczęśliwy traf. Czy to usługi, czy handel wszyscy chcemy być obsługiwani przez profesjonalistów. Dlaczego o tym piszę? Z powodu zebrania szkolnego w klasie czwartej szkoły podstawowej, na którym byłam obecna, a który poprzedziło szereg drobniejszych wydarzeń. We wtorek Michał po powrocie ze szkoły zaaferowanym głosem zdał mi relację z lekcji języka polskiego. Tylko pięć osób na dwadzieścia odrobiło pracę domową. Pani powstawiała nieprzygotowania i minusy, po czym poleciła zastanowić się w domu dlaczego właściwie przychodzi się do szkoły. W środę zebranie szkolne rozpoczęło się od wizyty nauczyciela przyrody, który mówiąc o tym, że klasa jest bardzo zróżnicowana, nadmienił, że wspólną bolączką jest nagminny brak pracy domowej. Później rozdano nam wyniki testów z języka polskiego. Sprawdzian przeprowadzano w całej Polsce na dużej próbce uczniów. Ogólny wynik klasy Michała był bardzo słaby. Zdobyli średnio 12,16 punktu na 18 możliwych, podczas gdy średnia ogólnopolska wynosiła 12,49, a średnia województwa mazowieckiego ponad 13 punktów. Jest to najsłabsza klasa w szkole. Średnia wszystkich czterech klas czwartych wyniosła 14,92, co oznacza, że pozostali napisali test znacznie lepiej od kolegów Michała. Dodajmy, że sprawdzian obejmował tylko język polski. A przecież są przedmioty, które tradycyjnie przysparzają uczniom znacznie więcej trudności. Myślę tu na przykład o matematyce. Diagnoza jest prosta. Klasa jest słaba, a brak pracy domowej świadczy o tym, że się nie stara. Nie pracują dzieci, nie pracują rodzice, którym się nie chce włożyć wysiłku w kontrolę nad nauką syna czy córki. O ile wygodnictwo dziesięciolatków jest zupełnie zrozumiałe, o tyle brak zainteresowania rodziców nie da się niczym wytłumaczyć. Prawda jest taka, że to oni są winni takim wynikom. Garstka obowiązkowych i odpowiedzialnych, a reszta byle jakich. Patrzyłam wczoraj na te matki siedzące w milczeniu za szkolnymi ławkami i czułam do nich zwyczajną, ludzką niechęć. Zaniedbane, nie mające nic do powiedzenia. Włosy, które dawno nie widziały fryzjera, wymięte szaro-bure ciuchy. I te dzieci z problemami wychowawczymi, które pozostawia się samym sobie. Kiepskie zachowanie, kiepskie wyniki w nauce. Poprzednie zebranie zostało zdominowane przez sprawę Oli, która bije chłopców, w szczególności uderzając po genitaliach. Zastanawiam się. Nie widzę rozwiązania. Na razie są to dziesięciolatki, jeszcze posłuszne woli dorosłych. Za chwilę już nimi nie będą. Zaczną mieć własne zdanie i wymkną się spod kontroli. Chociaż właściwie w wielu wypadkach nie ma się czemu wymykać. Kontroli brak. Mówi się o agresji wśród młodzieży. Padają zdania, że jest coraz gorzej. Nauczyciele się boją o własną skórę i mienie. Skąd się biorą agresywni? To proste. Z każdej takiej klasy jak Michała. Widać gołym okiem, który i dlaczego. Przegrane dzieciaki. Loosers. Mogą podziękować swoim rodzicom i my też możemy im podziękować za to, że przemykamy się chyłkiem wieczornymi ulicami. Szkoła jest bezradna, bo przecież nie może walczyć z rodzicami. Kościół codziennie ponosi wychowawczą klęskę. Powszechna nauka religii nie doprowadziła do przestrzegania podstawowych praw moralnych chrześcijan spisanych w dekalogu. Po co te matki jeszcze przychodzą na zebrania? Po co to odświętne udawanie? Po co?
sobota, 29 października 2011
Chcę kupić ciasto na urodziny Krzysztofa. - Pani sobie weźmie tego „Pijaka”, bardzo dobre, ludzie sobie chwalą. Niektórzy tylko po to przychodzą. Albo tortowe. - To z galaretką? - Pyszne. I serniczek na zimno też. Przez chwilę waham się pomiędzy jednym, drugim i jeszcze tamtym. Kiedy sprzedawczyni wkłada sernik do plastikowego, okrągłego jak on sam, opakowania, przyglądam się kontrastowi bieli i czerwieni . Te ciemniejsze punkty na wierzchu to owoce. - Może jeszcze coś szanownej pani potrzeba? Mamy bardzo dobre naleśniki. A może pierogi? - Owszem dobre, próbowałam tych z serem. - Wszystkie pyszne i z mięsem i ruskie. Co będzie pani przy kuchni stała. Odpocznie pani sobie. Kobiety i tak się muszą narobić. - Oj tak! – wzdycham ze zrozumieniem. Bo cóż tu można powiedzieć, słowa i tak nie oddadzą tego co ja wiem i ona też. - Ręce do samej ziemi się wyciągają. Wybuchamy rubasznym babskim śmiechem. Rechoczemy radośnie: nad sernikiem, pierogami, naleśnikami i całym tym kobiecym światem, wydłużającym nam ręce do klepiska. Taka tam babska siła ciążenia.
wtorek, 18 października 2011
Bardzo mnie cieszy, że rozpoczęła się dyskusja wewnątrz sejmu nad miejscem mniejszości niechrześcijańskiej w przestrzeni publicznej. Nie podoba mi się natomiast arogancja reprezentującej większość władzy, która uważa, że skoro otrzymała mandat społeczny, to ma prawo do narzucania swojego światopoglądu. Głosowałam na Platformę Obywatelską. Nie dlatego, iż uważam jej dokonania za szczególnie znaczące. Mój głos był zdroworozsądkowym „nie” przeciwko dojściu do władzy PiS-u z niebezpiecznymi zapędami nacjonalistycznymi i uprzedzeniami w stosunku do ludzi o innych poglądach. Platforma Obywatelska uzyskała władzę, ponieważ nie było rozsądnej, gwarantującej spokój, alternatywy. Jest to jednak sukces częściowy, wynikający ze słabych punktów opozycji, i ostrzegałabym przed dającym się zauważyć w obozie rządzącym samozadowoleniem. Świadczy ono o nieumiejętnym odczytywaniu sygnałów. Mój udział w wyborach nie był głosowaniem za lub przeciw światopoglądowi chrześcijańskiemu. Daleko mi do Palikota, który jest postacią zbyt ekstremalną, bym mogła go poprzeć. Cieszę się jednak, że w sejmie znalazło się ugrupowanie, z którego poglądami może utożsamiać się niechrześcijańska mniejszość, do której się zaliczam. Nigdy wcześniej w historii najnowszej parlamentu polskiego nie artykułowano tak jasno postulatów neutralności religijnej instytucji państwowych i rozdziału kościoła od państwa. I nie chodzi tylko o symbole. Popieram postulaty zmierzające do tego, by przestrzeń państwa, na której spotykają się odmienne postawy religijne, była terenem wolnym od różnych dominacji. Naturalnym zachowaniem większości jest chęć narzucenia swojej woli mniejszości, a naturalnym postępowaniem mniejszości będzie manifestacja własnych poglądów i potrzeby liczenia się z nimi. Chcemy państwa, w którym lekcje religii będą odbywać się w salach katechetycznych przy kościołach, tak jak to było przed 1989r. Lekcje religii nie będą opłacane przez państwo, czyli ponownie powrót do roku 1989 i wcześniej. Kościół nie będzie ingerował w prawodawstwo państwowe i nie będzie zabierał głosu w sprawach państwa. Chcemy poszanowania dla poglądów niechrześcijańskich i przyznania, że niechrześcijańska mniejszość ma takie same prawa w życiu publicznym, jak katolicy. A osobiście życzę sobie aby moje dziecko nie spędzało dwóch godzin tygodniowo w bibliotece, ponieważ nieobowiązkowe lekcje religii wplecione są między przedmioty obowiązkowe, i nie musiało pozostawać dłużej w szkole, ponieważ etyka odbywa się popołudniu. Chciałabym także aby ogólne pieniądze z podatków były spożytkowane w inny sposób niż na pensje dla katechetów. Skoro nie stać nas na porządne emerytury i balansujemy w tym obszarze na krawędzi ubóstwa, to tym bardziej nie stać nas na finansowanie spraw wyższych. Czy trzeba tysięcy pośredników, specjalnych lekcji w szkole i tysięcy gmachów, żeby się modlić? Nie mnie to oceniać. Dopóki nie muszę za to płacić.
niedziela, 09 października 2011
W ciągu jednego dnia przeczytałam „Nianię w Nowym Jorku”. Już dawno nie zdarzyło mi się to z żadną książką. Lektura amerykańskich autorek jest dużo lżejsza, niż to co serwują nam rodzimi pisarze. Nic dziwnego, że tak wiele czasu zabrało mi sięgnięcie po Stasiuka, Tokarczuk, czy Gretkowską. Do dwóch pierwszych nieprędko wrócę. Przeczytałam lekko się męcząc, mimo, że „Dom dzienny, dom nocny” okrzyknięty został przez krytyków wydarzeniem literackim. Owszem książka dobra, ale bez swady potrzebnej do bezapelacyjnego wciągnięcia czytelnika w świat Olgi Tokarczuk. Stasiuk ciężki jak otwieranie radzieckiej puszki konserw. Gretkowską lubię mimo nieustannego prowokowania golizną, narządem, cycem i wulgaryzmem. Przeczytałam prawie wszystko co napisała, ale ostatnia pozycja nie dała się dokończyć. „Podręcznik do ludzi” uważam za jej najsłabszą książkę. Najbardziej lubię „Polkę” i „Europejkę”, i może jeszcze „My zdies emigranty”. W „Scenach z życia pozamałżeńskiego”, którą popełniła wspólnie ze swoim mężczyzną Piotrem Pietuchą, lepszy okazał się jej partner. Odkryłam u niego wrażliwość i delikatność w przedstawianiu relacji damsko-męskich, która stała w opozycji do agresywnej wizji miłości i namiętności, którą odnalazłam u Manueli. Mężczyźni czasem zaskakują mnie pozytywnie i okazuje się, że są bardziej złożeni, niż zdarza mi się o nich myśleć. Eureka! Też mi odkrycie. Wkładam wszystkich do jednego wora i uważam się za znawcę tematu. Gubię po drodze niuanse, indywidualne różnice i traktuję ludzi jak marionetki poruszane w prosty sposób przez pociągniecie kilku sznurków. A tak się nie da. Nie da się. Cieszę się, że się co do nich mylę. Czasem. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Ulubione
Tagi
|